Rok spokojnego Słońca
Wyszedłem w przedświt, w poświatę, w międzyświat Zawieszony pomiędzy ciszą i niebytem I ku granicy zimy, z głową nad sen wzniesioną Ku mlecznych dróg rozstajom W światło stycznia Naprzeciw światu i przeciwko sobie Przeciwko słowom wykutym z powietrza I z pięścią zaciśniętą na horyzontu drzewcu I z głową od gwiazd ciężką W światło stycznia Pod niebem z ognia rzeźbionym, pod niebem o oczach z pustki Na ścieżkach szronu, co wiodą donikąd Cieniem okryty, martwym skrzydłem śniegu I z wzrokiem jak cierń wbitym W światło stycznia I grom rzuciłem, srebrem tnąc powietrze Ale mą włócznię przechwyciła cisza I świat skamieniał kryształowym drżeniem Zapadł się wiatrem zbyt późno zrodzonym I sił już nie mam by podążyć dalej Stałem się górą wyniosłą jak miłość Stałem się drzеwem samotnym jak oddech I już zostanę przemiеniony w ciszę W światło stycznia
Submitted by VladTheImpaler666 — Jun 30, 2026
I znów nad horyzontem zapłonie serce zimy Napnie się łuk srebrzysty ślepego mrozów łowcy I ponad jodeł blanki popłynie czerni chorał A ku mnie zstąpi cisza i blask śnieżnego nieba Zamkną się oczy ziemi, śniące, bielą olśnione A rzeka gwiazd zaszumi nicości huraganem W jej nurcie nagi stanę, obmyję nieistnieniem Modlitwą pierś otworzę, i tryśnie gniewu strumień I powie rzeka, że to sen Co w oczy sypie szronu skry I szepnie ziemia, że to śmierć Co skrzydłem mrozu koi ból Zabraknie tchu wiatrowi, umilkną drzеw poszepty Noc niebo z ziemią złączy mrozu przеjrzystym ściegiem I ku sklepieniom sięgnę, słowem jak sierp płomienny I gwiazd pościnam snopy, i przetnę zimy więzy Zadrży powietrza struna, trącona łez imieniem Westchną bezczasem góry, lodem zadźwięczy serce Na ciszy cierń je wbiję, by wreszcie bić przestało I pójdę między drzewa, ku snom, których już nie ma I powie jodła, że to smutek Co w śnieg zaklęty świat okrywa I powie jesion, że to miłość Co jest jak zima, tylko zima
Submitted by VladTheImpaler666 — Jun 30, 2026
Uleciał w niebo dym z ołtarzy zimy Gdy mrozu płomień strawił serce puste Nic już nie trzyma, nie wołają słońca Czas ruszyć w drogę, przede mną otchłanie W góry, co kwitną martwymi ptakami I śniegiem wonnym i sennym jak głogi Milczące krzykiem uśpionych potoków I drżące pustki rozgwieżdżoną czernią Zaszepczą wiatru śmiercią niespokojną Słowa ostatnie wyjdą z ust kamiennych A wtedy zaśniesz w lawin kołysaniu Z głową na moich opartą kolanach I wciąż przed siebie, w górę, między chmury Po światła szlakach, między ciszy granie W niczyją ziemię, w kraj dla bogów obcy W wieczność tętniącą bielą i rozpaczą I nie przystanę, nie spojrzę za siebie Na widm korowód, co podąża za mną I w oczy twoje wyblakłe od śnienia I łez kryształy na wiatr nanizane Na cichy kondukt wśród mgieł zagubiony Jodły zgarbione pod pieśni ciężarem W chramach wyrosłych na skraju nicości Szepczące w ciszy modły do nikogo Aż wyjdę w niebo, lecz iść nie przestanę By skryć się w końcu pośród gwiazd gałęzi By zniknąć między światów kolumnami Z kryształowego rzeźbionymi smutku
Submitted by VladTheImpaler666 — Jun 30, 2026
Runęły skrzydła ciszy spośród niebios bezwładu Zawirowały wokół spalonych chmur popioły Opadła bezszelestnie zakrzepłej krwi srebrzystość Ciężarem pustki łamiąc i lęki i nadzieje Bezruchem niespokojnym kołyszą się gałęzie Gdy w chłodnej mroku bieli przepływa lasu widmo W powietrzu bez snów pustym wirują pieśni sadze I z każdym nowym płatkiem roznoszą w świat samotność Nie ma już cichych ścieżek, nie tętnią blaskiem źródła Płynie przez nicość trwoga jak zapomniany akord Cichsza niż ognia smutek, nad miłość ulotniejsza Nadeszła bezimienna, bezmierna, srebrna śmierć I przeszła na wskroś nieba, lеcz już jej nie ujrzałem Bo zniknął świat na zawszе, zasnuty tchem zimowym Jęknęły dzwony pustką, lecz pozostałem głuchy Bo osiadł na mych skroniach kamienny śniegu całun Wciąż czekam w biel wpatrzony, lecz wiem, że już nie wróci I płomień gorzki tryska spomiędzy warg zastygłych I żal, jak sowie skrzydło, bezdźwięcznie rwie powietrze Znów będę musiał wrócić, to jeszcze nie ta chwila
Submitted by VladTheImpaler666 — Jun 30, 2026
Na wskroś słonecznych błoni Przez biały oddech grudnia Powstał i zaraz zapadł Zasnął znużony światem Potem już nic nie było Ni życia, ni tajemnic Stare jaskółcze gniazda Pełne wędrownych pieśni Bo dom mój opuściły Na skrzydłach czarnych śmierci Pomknęły wśród trzepotu Ku innych słońc wybrzeżom A tutaj szmer srebrzysty Słów niewypowiedzianych Topią się w ogniu świtu Kry księżycowych blasków Zaczął się rok kolejny Kolejna zima zimy Cichy, jak nicość biały Rok spokojnego słońca Pobiec bym chciał przed siebie Dotrzeć do serca granic Lecz tutaj zawsze grudzień Lodem gwiazd stopy plącze Może tak być powinno Może nic więcej nie ma Prócz cichej, ptasiej śmierci Zastygłej wśród gałęzi I może niepotrzebnie Spoglądam w twoje oczy Prawda jest w sercu zimy W snach spokojnego słońca
Submitted by VladTheImpaler666 — Jun 30, 2026
No lyrics have been submitted for this track yet.